Summer Time
Lipiec zakradł się niespodziewanie i ogrzał do szpiku kości. Wygrzał wszelkie bolączki z początku roku i napawa nadzieją na nowe przygody.
Jak było do tej pory?
Różnie. Patrząc na ostatnie pół roku. Było różnie: dobrze, źle, ciężko, walecznie. Było dużo treningów, za co czuje niesamowitą wdzięczność. Pomagało, gdy problem gonił problem w pierwszym kwartale. Cieszyło, gdy widziałam postępy: budowałam kondycję i poprawiałam regenerację. Tyle miesięcy ćwiczeń na zawody, które ostatecznie stuprocentowo nie były zrealizowane, jak chciałam. Ale były i to napawało mnie dumą.
Potem przyszły następne zawody, żeby łatwiej było utrzymać efekty. Kolejny medal. I choć nie dostaje je za wyniki ogólne, dla mnie są zwieńczeniem moich wyników i wysiłków. Są symbolem pracy, którą wykonałam. Nie, nie tym jednym biegu. Pracy, którą wykonywałam od przełomu stycznia z lutym.
Co jest dziś?
Kolejny start. I następny w planach. A potem znów coś wymyślę ;)
Co mi to daje?
Satysfakcję, dumę, podziw i wdzięczność, że mogę. Po tym, jak poważnie oberwały mięśnie ud, nie wyobrażałam sobie, że mogę tyle osiągnąć.
Co jeszcze?
Nowa ścieżka. Coaching. Formalnie całe szkolenie już za mną. Zostało najlepsze - zbieranie doświadczenia do akredytacji.
Co zyskałam?
Poza nowym zawodem i możliwościami, które będą wymagały samotnego wypłynięcia na szerokie wody (Tak, tak - do tej pory miałam wsparcie w biznesie. Teraz mogę wszystko zrobić sama, kiedy uwierzę, że mój wymarzony osobisty Mt. Everest jest do zdobycia), zyskałam przestrzeń. Przestrzeń ze wsparciem, akceptacją, wiedzą i pomocą. Przestrzeń, która zawsze mi się marzyła: babska, twórcza, z dobrym słowem, wariactwem i ogromem motywacji.
Co dalej?
Przygody, wieże, książki, pomysły - na siebie, na projekty, na życie.