Le Bilans 21'
Grudzień....magiczny miesiąc. Kto nie lubi odbijających się na śniegu światełek, jarmarków, tłumów w poszukiwaniu prezentów, kalendarzy adwentowych otwieranych na raz...
Grudzień rządzi się własnymi prawami. Myślę sobie, że nie ma innego miesiąca tak pomieszanego z "tu i teraz" i retrospekcją.
Po zwykle (umówmy się) radosnych świętach, zaraz nadejdzie czas szampańskiej zabawy, ale też i podsumowań. Te ostatnie często nie są przyjemne. W końcu jak co roku w styczniu każdy sobie obiecywał (a to schudnę, a to rzucę jakaś używkę, itd.), o czym pisałam w drugiej połowie stycznia, a potem do grudnia nie dociągnął. Pewnie i do lutego nie wyszło z tymi postanowieniami, ale już nie będę taka wredna.
Grudzień jakoś tak nastraja pozytywnie. Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie to czas rozbudzanej dziecięcej radości, wymieszany z myślami typu: jak moje życie wyglądało rok temu, co się zmieniło na plus, co na minus. Grudzień to fantastyczny miesiąc by stanąć i obejrzeć się za siebie, zobaczyć co los nam dał, co udało się zrealizować, jakie były wyzwania, itd. Kusi mnie by już robić podsumowania i w sumie poniekąd już to robię. Układam sobie w głowie słowa, które pewnie za kilkanaście dni przeleje na klawiaturę.
Kiedy to pisałam był właśnie piętnasty grudnia, a potem czas przyspieszył. Potem nagle praca, pogoń za świątecznymi przygotowaniami, święta (nie wiem kto wymyślił weekendowe święta, ale przegiął), łapiesz oddech i podsumowanie roku.
No jak? Jak to się dzieje, że ze spokojnej egzystencji nagle jest istne szaleństwo? Nie wiem. Może kiedyś znajdę na to jakąś teorię "spiskową", jak na dziwne wyczucie czasu z remontami w mieście, czy coś.
W każdym razie pierwotnie ten post miał się nazywać retrospekcją, wyszło podsumowanie.
I tak o to siedzę sobie przed klawiaturą i stukam te literki, bo przecież od wczoraj już układałam słowa, które napiszę, a wyszło jak zwykle - spontanicznie.
Mogłabym podzielić życie na kilka składowych: życie osobiste, rozwój, praca. Wszystkich nie opisze, bo miało być już mniej osobiście, a bardziej merytorycznie.
Miałam na ten rok w zasadzie tylko jeden osobisty cel: 52 książki w rok, ale nie mniej niż 33 z zeszłego. Kolejny raz pierwszy warunek nie został spełniony. Kończę z wynikiem 43. Źle nie jest, bo postęp spory. Cały ten rok był chyba mocno testowy pod kilkoma względami i wiem jedno - udałoby się, gdybym nie wyszła z rutyny. Ten post nie jest tak do końca dla Was, bardziej dla mnie. Mogę zawsze się zatrzymać i go przeczytać. A wyniki cieszą. Rok w rok jestem lepsza. Pokonuje swoje bariery i to jest dla mnie najważniejsze. Bo NIE ŚCIGAM SIĘ Z INNYMI, A ZE SOBĄ.
Sporo się w tym roku nauczyłam o tym, że dalej jest we mnie ta dziewczyna z liceum. Ta która mówiła: niemożliwe? No to patrz. (Teraz by była wersja: potrzymaj mi kawę ;)). Z niej to jest taki fajny człowiek, że jak już się rozpędzi ze spełnianiem celi/marzeń, to leci. Bardzo liczę, że wskrzeszona zostanie na cały 2022, bo mam kilka niedokończonych projektów do zrealizowania;) Nie, nie postanowień noworocznych. Wiadomo już co o nich sądzę. Mam taki wielowątkowy projekt Carla. Pewnie jutro będę obmyślać strategie, koncepcje i czytać kolejne książki;)
Praca. Na tym polu jest wiele zwrotów akcji: od kursów i certyfikatów po anegdotki ze styczności z podwykonawcami. Jak sobie pomyślę o tych grudniowych tylko (bo są przecież najłatwiejsze do przypomnienia;) nad styczniem musiałabym długo myśleć przecież;)), to dziwie się, że nie piję wiadrami melisy albo nie mam jakiegoś innego koloru włosów.
I wiecie co? Mimo tych trudności, tych wysiłków i czasami walki z samą sobą to było warto. Było! I dalej mam głód: wiedzy, rozwoju, przygód, testowania swoich granic. Ogromny głód.
2022 nadchodzę!
Stay tuned Mordeczki!
Wracam do polewania się cavą;)