Inside work

 Sierpień to kolejny miesiąc walki: walki o siebie, o nowe kontrakty w pracy, o to by dwa moje projekty szły do przodu. 

Jeśli kogoś nudzi to, że ciągle pisze tu o zmaganiach ze sobą albo ze światem, to proponuje by się wstrzymał z pobytami tu aż do grudnia. Podsumowanie roku powinno być znacznie ciekawsze.

Tymczasem, czytając zeszło miesięcznego posta mogę zobaczyć, że:

-regeneracja trwa

-praca nad sobą notorycznie trwa

- ziołolecznictwo dalej przewija się w moim życiu

- joga odeszła w zapomnienie

- sport?

- picie wody?

- książki!


    Dalej mam dni, że zjeżdżam z łóżka zamiast z niego wstawać. Ma to kilka swoich czynników: pogoda, a w zasadzie wysokość ciśnienia atmosferycznego, faza cyklu miesiączkowego. Może to brzmi dziwnie, że wspominam o takich rzeczach, jednak niektóre tematy, zwłaszcza dotyczące kobiet dalej są spychane na dalszy plan. Faza lutealna potrafi wysysać niemal wszystkie moje siły witalne, czuje się mniej bystra (delikatnie mówiąc) i odczuwam znaczne spowolnienie ogólnych procesów poznawczych.

    Praca nad sobą nigdy się nie kończy. Otaczanie się uważnością, cierpliwością, przyzwoleniem na popełnianie błędów i byciem nieidealną, czułością i delikatnością, to sporo rzeczy, które są mi ostatnio bliskie. Brzmi jak niezły egocentryzm. Cóż...nic bardziej mylnego. To, że na coś sobie pozwalam, nie oznacza tego, że jestem z tego zadowolona, bezkrytyczna, ślepa na swoje wady. To wszystko co się dzieje od wielu miesięcy, to wyprawa w głąb siebie. Poznawanie, próby wyćwiczenia nowych reakcji/nawyków. Szukanie swojej drogi do korzeni, uzupełnianie wiedzy, testowanie metod motywacyjnych. Również zgłębianie wiedzy odnoszącej się do takich terminów jak: dobrostan, wytrzymałość psychiczna i stresu.

    Nie da rady zamknąć tych wszystkich terminów w kilku zdaniach. To by było za małe, niewystarczające. Dlatego zachęcam do odbycia podróży wewnątrz siebie i zaprzyjaźnianie się ze sobą. I żeby było jasne: tu nie chodzi o poczucie własnej wartości (chociaż te też powinno zrosnąć), a o poznawanie siebie.

    Im więcej dowiaduje się o sobie i swoich dolegliwościach, tym więcej otwiera się drzwi do strumienia informacji. Tak bym to ładnie nazwała. Jedne z drzwi to zioła. Początkowo miałam do tego duży dystans. Nie, nie sceptycyzm, a dystans. Parzenie pierwszych naparów również nie skracało dystansu, ale już pierwsze efekty. Niemal natychmiastowe, pokazały mi, że odpowiednio dobrane mieszanki potrafią zdziałać cuda. A to, że niedawno UE zakazała ziołolecznictwa i będzie to tępić, jedynie mocniej mnie utwierdziło, że obrałam bardzo dobry kierunek. 

    W zeszłym miesiącu pisałam, że zaraz po oczyszczeniu limfy zabieram się za mieszankę na relaksację. Zwyciężyła jednak mieszanka stabilizująca hormony. Szczerze mówiąc miałam wielki dylemat po co sięgnąć później. I hormony i relaksacja/regeneracja/dobry sen są bardzo ważne jeśli chodzi o równoważenie efektów stresu. Brakowało mi jednak energii do działania i po epizodzie zdrowotnym postanowiłam sięgnąć po mieszankę na hormony.

    Co to znaczy epizod zdrowotny? Był to jeden z gorszych dni jakie dane mi było przeżyć. Do dziś nie wiem co dokładnie to spowodowało. Nazwałam to skrętem kiszek. Był to ból na wysokości pępka promieniujący do odcinka lędźwiowego kręgosłupa i dołu brzucha. Nie byłam w stanie siedzieć (o czym przekonałam się jadąc do pracy i niemal mdlejąc z bólu za kierownicą), podczas chodzenia miałam wrażenie, że naciągam sobie jelita i tylko leżenie sprawiało, że mogłam funkcjonować w miarę spokojnie. Pierwszy raz leżałam na tylnym siedzeniu auta, czekając na to aż tabletka przeciwbólowa zacznie działać. Funkcjonowanie bez tych tabletek było niemal niemożliwe. Apetyt nie dopisywał, bo wszystko mi się blokowało w środku. Nie pomagały tabletki rozkurczowe typu no-spa. Organizm nie chciał nic poza ciepłymi napojami. Pomogło ogrzewanie brzucha termoforem (tak na prawdę, elektryczne poduszki czy koce też by dały radę). Dopiero po nocy z termoforem czułam, że zaczyna się proces zdrowienia. Co mi się dokładnie przytrafiło? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że powiązałam to z ćwiczeniami jogi i zaprzestałam dalszych przygód z ćwiczeniami wszelkimi. Dopiero od kilku dni znów wróciłam do ćwiczeń wzmacniających kręgosłup i rozciągających. Joga nie miałam nic do tego z tym załamaniem, ale i tak czuje się jak buła ćwicząc ;) Stąd ten krok wstecz i łagodne początki z ćwiczeniami, które mnie tak nie zaskakiwały. 

Woda... Nieustanny problem. Chciałoby się rzec, że toczę odwieczną walkę ze sobą by pić wodę. W upalne dni to łatwizna, bo organizm sam się domaga picia wody. W chłodne, wręcz zimne, już tak łatwo nie jest. To nieustanne przypominanie sobie, by pić wodę. Dotarło do mnie jak dobroczynny wpływ ma woda na cały mój organizm, a mimo to dużo chętniej sięgam po kawę. Chyba najlepiej zobrazuje to anegdota:

Dwa dni temu zatrzymałam się na stacji benzynowej. Trasa nie była długa, ale wieczna mżawka nie rozpieszczała. Przede mną dwie godziny jazdy, a kolejnej kawy nie mogłam już wypić. Po drugiej już czułam się niezbyt dobrze. Wybrałam zatem herbatę. Wzięłam kubek, ustawiłam pod ekspresem, wyklikałam gorącą wodę na ekranie i zajęłam się lokalizowaniem saszetek z herbatą. Docierał do mnie dźwięk lejącej się wody, więc niezbyt się spieszyłam z otwieraniem saszetki. Gdy chciałam wrzucić torebkę z herbatą do kubka, zorientowałam się, że woda leje się na osączkę, bo kubek ustawiłam pod dyszami do kawy, a nie pod dyszą do wody...

Komentarz chyba zbędny;) Za to pan z obsługi nie widząc mojej całkowitej kompromitacji, stwierdził, że zwyczajnie na wyświetlaczu odkilkałam pojemność małego kubka, a podstawiłam duży. Przytaknęłam, choć trochę odzyskując twarz ;) Śmiałam się kilkanaście następnych kilometrów. Cała ta sytuacja uzmysłowiła mi jak bardzo zakorzeniony jest mój nawyk picia kawy;)

    Kończąc już te długie wywody, pokażę jedynie statystykę książkową. Wnioski zostawiam Wam;) 


Tydzień 35

Przeczytane: 74

Rozpoczęte: 3



Popularne posty