#Firework

 Będzie krótko, bo pora sprzyja czytaniu, pisaniu (niekoniecznie postów), medytacji czy chociażby robieniu na drutach :D

Tak właśnie! Jak mi nic w życiu nie wyjdzie, to wyjadę w Bieszczady i będę dziergać! Tadam! :D

A już tak poważnie... Taki mój dziwny los, że nie wychodzi tydzień, dwa, miesiąc, a potem się odpala jak petarda. 

To może już do rzeczy. Pamiętacie ten mój epizod zdrowotny z zeszłego miesiąca? No to dobrze, bo ja też i w tym miesiącu też go miałam. Okazuje się, że to atak kamicy nerkowej (głównie wysypuje się ze mnie ten nadmorski piasek :D ). Tym razem los był miłosierny i dopadło mnie w domu. Nie powiem, żeby fajne było wysilanie się by ustać na nogach. Za to mam fajny termofor i go używam ile wlezie. O! 

Używam go też, bo wiem, że wątroba lubi ciepełko. To sobie ją podgrzewam, żeby jej miło było. Staramy się żyć w zgodzie i chyba nieźle nam idzie. W każdym razie lepiej jak z nerkami;) Znów poszły w ruch zioła i w zasadzie napary z mięty albo pokrzywy jak nie stosuje żadnej kuracji. 

Co tam jeszcze? Cieplej myślę o jednym ze swoich projektów. Poczyniłam już nawiązywanie kontaktów z tej branży i rozeznanie. Okazuje się, że sporo jeszcze pracy przede mną. Czy mnie to martwi? Absolutnie. Czy jeden kontakt dał mi kopa do działania? Zdecydowanie. Dopiero rozmowa z fachowcem uzmysłowiła mi ile mnie jeszcze pracy czeka, by doszlifować coś, co ma potencjał. Nie będę za dużo zdradzać, bo tego nie lubię. Duuużo więcej szczegółów pewnie będzie w grudniu;)

Z kolei drugi z projektów też w chodzi w lepszą fazę dojrzewania. Dalej jeszcze muszę to wszystko spiąć i przemyśleć marketingowo, ale chyba źle nie jest. W końcu pewnego pięknego poranka, gdy zawlekłam się jak zombie przed ekspres i obróciwszy się zobaczyłam pulsującą diodę na telefonie, byłam w stanie jedynie pomyśleć o kanonadzie łacińskich zaklęć. Odblokowałam telefon i zobaczyłam ikonę nowego e-mail'a. Zrezygnowana już całkowicie otworzyłam myśląc, że praca znów nie mogła poczekać na tyle, by się chociaż kawa do kubka wlała. I tu mam zwrot akcji! Ale taki na maksa! Bo e-mail był z poczty prywatnej. Nie, to nie oznaczało, że poczta firmowa się zablokowała i będę mieć spokój do końca dnia. Nie, nie, nie. Poczcie firmowej nic się nie stało. Zresztą nawet później już nie musiało. Nadawcą była pewna dobra osoba. Osoba, która od połowy lutego czyniła dużo dobra w moim życiu. Propozycja jaka padła po krótkiej wymianie wiadomości odpaliła mnie emocjonalnie jak petardę! Serio! Taki nawał radości, ekscytacji, dumy, radości, energii, o radości wspomniałam? ;) No nic nie było w stanie zepsuć mi dnia. Nic. Jakby kogoś interesowało ile leciałam na tym energetycznym paliwie, to powiem, że prawie cały dzień. Ciągle jeszcze czekam na szczegóły przedsięwzięcia, ale miejmy nadzieję, że już niebawem.

Pochwale się jeszcze, że moje bycie buła wkurzyło mnie już tak bardzo, że się zawzięłam. Sama na siebie się zawzięłam i ćwiczę. Regularnie (czytaj co dzień) już niemal drugi tydzień (nie moja wina, że miesiąc się kończy w sobotę, a ja lubię być precyzyjna). Kondycja mi się tak super nie poprawiła, ale czuje nieco zmiany siłowe i wydolnościowe. Nieco podkreślam, więc nie jestem jeszcze fit świrem. Z całą sympatią do tych ludzi. 

 O pracy nad sobą to może pisać nie będę, bo ile można w kółko to samo? Ogólnie im bardziej lubię siebie, tym jest lepiej. Z wodą lepiej? Nie. Ale napary wjeżdżają lepiej.  

 Co w tym miesiącu odwaliłam? Kilka akcji, ale kto by się tym przejmował?;) Ja tam biorę swoje wariactwo pod rękę i kopytkujemy wesoło przez świat (musiałam to napisać ;)) 

I na koniec ulubione: czytam, słucham, czytam, słucham. Nie na przemian of kors. Po prostu dalej mam niezaspokojoną ciekawość. I dalej wciągam nosem kryminały.


Tydzień 39

Przeczytane: 90

Rozpoczęte: 1



Popularne posty