#Understanding

    Dawno mnie tu nie było. Zmęczyły mnie comiesięczne posty, które byłyby powielane ze zmieniającą się liczbą książek. 

   Straciłam serce do tego, by pisać. Straciłam dużo w tym roku, jedocześnie zyskując wiele. Praca definiowała moją codzienność i weryfikowała czas na inne rzeczy.

   Z jednej strony denerwowało mnie to, że nie mam czasu albo siły na coś swojego, a książki zostały mi w znakomitej większości w formie słuchanej, z drugiej oglądanie tego, co pomagam tworzyć, jak ta machina chodziła idealnie, gdy każdy trybik był na miejscu. Czuje podziw, dumę i wdzięczność. 

   Sporo mogę czuć dumy za te ostatnie dwanaście miesięcy: cokolwiek się nie działo, nie zatrzymałam się. Natłok pracy i stresu? Przeszliśmy to. Zwalenie sobie szyb na nogi? Niemal nie mam śladów. Remont mojego nowego królestwa? Zrobiłam prawie całkiem sama.

  Chciałam wrócić do planowania, systematyczności, a wyszło, że planowało się samo. I wychodziło bardzo dobrze.

   Coś mi w tym roku wyszło i nie mam tu na myśli osobistego wyzwania książkowego;) Udało mi się remont przeprowadzić niemal do końca. Zostało już tylko zawiesić moją kolekcję breloczków. W tym roku starczyło czasu na przemalowanie ram. Nie zdążyłam jedynie wygodnie rozsiąść się z książką w bujanym fotelu. (Tak, tak, wszyscy się śmieją, że to już babcia vibes, ale doskonale wiem, że mi zazdroszczą ;)).

   Co z wieżami? Bo to w sumie już druga moja pasja poza wciąganiem książek. Były:) Całe 8. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Google bardzo chciał mi wmówić, że jedna z nich to ambona, ale się nie dałam. Najpiękniejsza z tegorocznych? Ciężko wskazać jedną, ale wygrywa wieża zamkowa w Łagowie. Dawno nie odkryłam takiej perełki. Zielonogórska palmiarnia miała w bonusie przejazd pod stopami świebodzińskiego Chrystusa, więc też fajna sytuacja. 

   A jak już jesteśmy przy wyjazdach. Zwykle nabijam sobie kilometry na urlopie (w zasadzie mało ich nie było, ale....nie ja prowadziłam i o tym szerzej w innym miejscu), choć tym razem miałam niespodziewane dwa wypady w Polskę pod koniec roku. Jeden służbowy w opolskie  - mając okazję zobaczyć tą krainę, zdecydowanie chętnie tam wrócę prywatnie, na zwiedzanie. Drugi wyjazd udowodnił mi, że jestem w stanie w dwa dni zrobić prawie tysiąc sześćset kilometrów. Męczące? Bardzo. Jednak nie wyobrażałam sobie, nie pożegnać ważnej dla mnie osoby. I tak, jak na ślubie kuzyna, tak na pogrzebie upewniłam się jedynie, że z częścią rodziny w ogóle nie chce mieć do czynienia.

   Dlaczego? Bo osoby, które nie są z mojej najbliższej rodziny roszczą sobie prawo by mówić mi jak mam żyć i co powinnam robić. 

Przykład:

Jedna z ciotek: pracujesz na swoim, to masz mnóstwo czasu?! 

Ja: Nie.

Jedna z ciotek: Jak to? To ty nie pracujesz zdalnie?!

Ja: Nie zawsze się da, jak się zarządzam ludźmi.

Ciotka patrzy podejrzliwie, mruży lekko oczy, pokazując, że zachodzi jakiś proces myślowy i: to ty nie masz dwudziestu sześciu dni wolnych w roku?

Mi ręce opadły. Ona po zaprzeczeniu patrzyła dalej podejrzliwie. Fajne to nasze polskie podejście: chcę się uważać za alfę i omegę, światłą i mądrą, a nie mam w sobie tyle pokory, by zadać sobie trud i zbadać różnice między etatem a prowadzeniem własnej działalności. Zabawne, że ciotka to sobie nawet sprawy nie zdała z tego jaką gafę popełniła;) 

  Zostając w lekkim tonie i podróżniczym klimacie, najbardziej cieszyłam się z urlopu. Marzyłam o pewnej zagranicznej destynacji, rejsie statkiem, locie balonem, poznaniu rytmu jednego z miast i oglądaniu jednej z azjatyckich krain. Dostałam więcej niż chciałam:) Bo nawet z włóczką wróciłam do kraju;)

   Powstał z niej piękny sweter ze wzorem plastra miodu - jeden z modeli, od którego zaczęła się na nowo moja przygoda z drutami. Druga włóczka czeka w kolejce, bo jest typowo "letnią". Ten rok to nie tylko jeden sweter. Było ich więcej. I choć robię raczej w swetrach, to zdarzają mi się też czapki, szale i chusty. Właśnie na tapet weszło poncho. Mój, chyba, najpiękniejszy projekt. 

  Dobijam już do końca mojej dwu tysięcznej dwudziestej czwartej przygody i niejako wisienki na torcie: książek. Powinno mi się udać dobić dzisiaj do 137 książki. Osobisty rekord pobity. Jaki będzie nowy? Co planuje na następny rok? Co mi przyniesie los? Na żadne z tych pytań nie znam odpowiedzi i cholernie mnie to cieszy :)

PS Tytułowe zrozumienie nie wybrzmiało w podsumowaniu, miało być wplecione w nie. Nie udało się. Od paru dni mam wrażenie, że zrozumienie i empatia to coś bezcennego w dzisiejszych czasach. Jest tego tak mało, że aż boli. Gdzie się podziało człowieczeństwo? Czemu zatraciliśmy w sobie dobro?


Popularne posty