#Checklist
W którymś z zeszłorocznych postów wspomniałam, że są w moim życiu osoby, które powiedziały, iż żyje pod zegarek. W tym samym poście wspomniałam, że nie pod zegarek, a pod kalendarz.
Kilka słów wyjaśnienia: mam podczas dnia pracy takie zadania, które mniej więcej wiem ile mi zajmą, ile zajmuje szacunkowo czas przemieszczania się z miejsca a do b, itd. To są istotne rzeczy, które trzeba wziąć pod uwagę podczas planowania. Myślę, że można to podciągnąć pod 'zarządzanie sobą w czasie'.
A teraz do meritum :) Planowanie dnia/tygodnia to dla mnie nie taka oczywista sprawa, bo... piszę praktycznie po wszystkich kartkach jakie mam pod ręką (i wiem, że mogę po nich bezkarnie bazgrać). Najzabawniej jest jak mam coś do załatwienia poza biurem, a kartka z sekretnymi zapiskami została na biurku.
Jednym z moich osobistych sukcesów było wyrobienie sobie nawyku zapisywania w kalendarzu (i pamiętania by zabrać go ze sobą :D ). Druga trudność polegała na tym, żeby zapisywać wszystko, bo choć mam dobrą pamięć, to jednak pamięć krótkotrwała mieści 5 +/- 2 elementy (o liczbie Millera możecie sobie poczytać sami;) ). Nie ma co się oszukiwać, że można zapamiętać dużo na raz, bo się nie da;) Dobrze jest zapisywać, bo chociaż teraz pamiętasz, za chwilę możesz dostać telefon (z kolejną porcją informacji) lub e-maila z prośbą o opracowanie czegoś, a przekierowanie uwagi na inny temat nie sprawia, że wiadomości z pamięci operacyjnej będą automatycznie przeniesione do pamięci długotrwałej. Nie ma co się oszukiwać, tylko trzeba zapisywać, by odciążać procesy poznawcze.
A jak już sobie wszystko pozapisujemy, to mamy jasny obraz zadań na dany dzień. I tutaj są różne podejścia i ustalania kolejności zadań. Są osoby, które robią to po przyjściu do pracy. Rytualnie otwierają kalendarz i ustalają sobie kolejność zadań. Mądrzejsi ode mnie mówią: zrób najpierw najbardziej czasochłonne rzeczy, żeby potem te łatwiejsze szły szybko. Jak powszechnie wiadomo -ja to zawsze na opak:) Są takie tematy, które idą mi opornie już na etapie myślenia, że mam się za to zabrać. Nie pomaga "szatkowanie" na mniejsze etapy, nagradzanie po wykonanej pracy. No mózg się zaciął i nawet czekolady odmawia. Wtedy faktycznie lepiej dla mnie, gdy zajmuje się najpierw łatwiejszymi sprawami i (NAJWAŻNIEJSZE) skreślam z listy. Wtedy ta pofałdowana bestia widzi, że rzeczy ubywa i jakoś tak daje się obłaskawić na te trudniejsze.
Analizę zadań zwykle zaczynam przy śniadaniu, żeby wiedzieć w jakich punktach miasta mam do załatwienia sprawy, ile czasu zajmie mi jeżdżenie w porannych korkach, by się nie kręcić niepotrzebnie dookoła tracąc czas. Bo w dzisiejszym świecie, stety czy niestety, liczy się informacja i czas.
Żyjąc pod kalendarz mam czas na pracę, na rozwój po pracy, na czytanie książek, na spotkania z bliskimi i masę innych rzeczy.
PS. Na chaos w życiu też mam czas;) I na życie bez planu;)