#Powerless
Bezsilna, bez chęci, bez mocy, bez...
Czasami mam takie dni, że najlepiej byłoby wstawać z pomocą żurawia. Kawa krzywo wejdzie. Telefon piszczy od połączeń, maili, powiadomień.
Spoza pracy przychodzą nieprzychylne wiadomości.
Zwyczajnie mi się nie chce. Tak po prostu, po ludzku, czuję zmęczenie nim jeszcze wstanę.
Znajomi pytają skąd biorę motywację. Nie biorę. Wysyłam zamiast tego gifa z szopem nakrywającym się kołdrą.
Z każdym takim momentem właśnie mam ochotę zrobić to samo co ten szop. Nakryć się kołdrą i udawać, że mnie nie ma. Tylko czy to coś zmieni? Nie. Nie sprawi, że sprawy się ruszą z miejsca same. Dalej będę tkwić w epicentrum, a unikanie kolejnych zdarzeń tylko wepchnie mnie głębiej. Prawdopodobnie wtedy nieświadomie ciężko wzdycham i wstaje. (Odwołując tego żurawia czy innego HDS'a ;) ). No i dalej jest już z górki;) Lecimy na automatyzmach (nawykach/odruchach jak kto woli). Staram się przynajmniej mieć spokojne śniadanie, ale jak wiadomo plan planem, a życie potrafi pokazać albo środkowy palec albo gest Kozakiewicza. Skoro nie da się spokojnie zjeść opalam opcję: muzykoterpia w aucie. Czasami się udaje, a czasami już po paru metrach próbuje uniknąć wymuszającego autobusu czy innego auta (jakoś zasada kto większy, ten pierwszy dalej potrafi mnie zaskoczyć, choć nie mam wcale mikrego auta).
Gdy jakkolwiek w całości udaje mi się dojechać do biura, czekają na mnie nowe **** (tu niech każdy sobie wstawi co chce: wyzwania, pożary, problemy czy inne bardziej staropolskie nazwy;) ). Czasami mam wrażenie, że to test mojej wytrzymałości, gdy z bagażem rzeczy do opanowania przyjeżdżam do miejsca, w którym widzę/słyszę/dowiaduje się, że plan dnia zmienia się kilka razy w zależności od czynników (Taa... miało iść z górki, a w trakcie realizacji wyskakują pagórki, zakręty, zwroty akcji i strome podejścia).
Tak, mam takie dni. I gdy emocjonalnie wymęczona próbuje wrócić do swojej bezpiecznej przystani (dom jest tam, gdzie ekspres/kawiarka do kawy na wyłączność) i wydaje mi się, że nic już nie może walnąć z nienacka, okazuje się, że może;) Zwykle nastają korki, łapie gume i nikt jakoś się nie zatrzyma, żeby zapytać czy mała ja przy sporym aucie potrzebuje pomocnej dłoni (wszyscy się jakoś znajdują jak już to koło dokręcam i myślę jak zapakować ciężką osiemnastkę w wersji ekstra lardż na jakiejś wypasionej alu-ozdobie do bagażnika. Swoją drogą to na prawdę musi ciekawie wyglądać, gdy nurkuje połową sobą do bagażnika, wyjmując dojazdówkę).
Po takich przejściach wydaje mi się, że limit się wyczerpał jak na jeden dzień. Nic bardziej mylnego. Popołudnia w domu bez pracy to jak czas stracony, więc los wrzuca mi jakieś ciężkie maile do zrobienia, bo tak; transport ma problem; dokumenty trzeba dorabiać czy inne takie ciekawe zdarzenia.
Wiem, że większości ciężko pojąć, że miewam takie dni i to dość często. Dla większości wyglądam zawsze na osobę, która ma sukcesy podane na tacy albo są też tacy, którzy z gruntu nie wierzą, że mam takie dni czy serię takich dni. To przecież niemożliwe, by tak pasmami mieć pod górkę. Możliwe. I to bardzo.
Jak sobie z tym radzę? Mój spaczony mózg jak ma dość to robi symulację "ucieczka" czy "działanie". Jakby tego nie poobracał zawsze wychodzi na to, że ucieczka nic nie da. Jedynie działanie sprawia, że się pozbywam trudnych tematów.
Kroki do przodu. Małe, malutkie czy nawet mikro, ale na przód. Jedyne słuszne rozwiązanie. I chwile wytchnienia by łapać równowagę. Czy to te pięć minut na kawę czy inna forma. Najważniejsze by było bez telefonów, maili i innych dostarczaczy wrażeń.